czwartek, 24 listopada 2011

"Zmienię adres, zmienię imię"

Może nie powinno mnie to dziwić, ale bardzo często utwory łódzkich zespołów pasują do mojego życia - od Ich Troje (cóż...), Varius Manx, poprzez CKOD, po NOT, właśnie. Może nie imię, chociaż kiedyś o tym myślałam, ale adres zmieniłabym w tej chwili bardzo chętnie. Od zaraz. 
Z moich planów erasmusowych nie wyjdzie nic, ale w tej chwili już mnie to jakoś nie boli. Dodatkowo dopada mnie kryzys czwartego roku, więc kto wie, gdzie będę i kim, za rok. Ostatni pokazał, że nie można niczego przewidzieć ani do końca zaplanować. Bo zawsze ktoś, lub coś, cię wydyma - a to aura, od której zależy twój zarobek, a to ludzie, którzy mają cię w rzyci głęboko. Ewentualnie wydymasz się sam/sama poprzez nadmierną ufność i wiarę w ludzi. Można usiąść i płakać, patrzeć, jak świat wokół zapierdala, ale można też wstać, splunąć na to, co się nie udało, zapisać, czego unikać i w którą stronę nie zwracać się zadkiem. Potem odejść, pójść w swoją stronę, do ciekawszych zajęć, niż użalanie się nad sobą. Oczywiście fakt, że jestem babą, po drodze zawiera jeszcze coś takiego, jak odreagowanie. Z biegiem lat, na szczęście, trochę się uodporniłam na toksyczne jednostki, które jakimś dziwnym trafem z lubością pojawiają się na mojej drodze, więc nie potrzebuję już roku, by odżyć po jakiejś fatalnej relacji. Nawet, jeśli trwała  naprawdę długo, biorąc pod uwagę krótki okres w dziejach świata, jakim dysponuję. Mam jednak nadzieję, że chociaż w mojej nanosekundzie zdołam wystarczająco namieszać, żeby nie pozostawiać ludzi obojętnymi. 






poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Władywostok - raport o stanie umysłu

Przez cały pobyt nad morzem, będąc w pracy, zbierałam się do tego, aby co nieco o moim funkcjonowaniu tutaj, napisać. Zawsze jednak jakoś tak się składało, że nie było kiedy, albo nie miałam siły. Wierzcie, że nawet praca na stoisku, które oferuje sprzęt plażowy, przy długości dnia roboczego 10-11 godzin, może być męcząca. Można w tym momencie się przyczepić - no tak! Ale praca nad morzem to same korzyści - człowiek zarobi mnóstwo pieniędzy, bo przecież turyści kupują wszystko (taaak!?) , na dodatek dobroczynny jod, piasek na plaży który wymasuje stopy podczas spaceru, przy okazji opalenizna... No tak, wszystko pięknie, gdyby nie kilka okoliczności, które nie pozwalają mi do końca cieszyć się wakacyjną pracą.
Po pierwsze, Chłapowo, gdzie rezyduję, to wieś, owszem nastawiona na turystów, ale jednak wieś, pod Władysławowem. Spacerkiem to jakieś 10-15 minut do centrum miasta. Zatem na większe, a częściej TAŃSZE, zakupy, należy sobie zarezerwować zdecydowanie więcej czasu - do Biedronki czy PoloMarketu idzie się jakieś 25-30 minut, a powrót, z zakupami, jak wiadomo, trwa dłużej. (Zapewniam, że zakupy w tego typu przybytkach są konieczne, jeśli chce się tanio utrzymać nad morzem, ceny tutaj po prostu zwalają z nóg!)
Po drugie - ZIMNO! Tegoroczne wakacje to jakieś kuriozum - w lipcu doświadczył nas "lipcopad", a sierpień przypomina schyłek września - niby słonko przyświeca, ale wieje jak w kieleckiem. No i tu wchodzimy już na punkt trzeci, którym jest ... tadaaa! Nieustający wiatr, wicher, zefirki, powiewy i wichury zwane też nawałnicami, burze, deszcze, drobne, przelotne opady... Skutkiem czego bóle stawów, zimne stopy i dłonie i inne przyjemności w postaci opryszczek i kataru. Sama radość, czyż nie? Na dodatek klientów jak na lekarstwo, a zatem - NUDA. Bo ileż razy można wycierać klapki, zamiatać stoisko i pompować dmuchanego żółwia, ktory smętnie zwisa z dachu? Pocieszam się, że "inni mają jeszcze gorzej", bo wiem, jak wygląda praca w restauracjach i klubach Władysławowa.
Pozostają mi nocne zakupy w całodobowej Biedronce, rozkoszowanie się plażą po zachodzie słońca i wątpliwe uroki nocnego Władysławowa, które przeraża mnie swoim przekrojem społeczeństwa. Ale ten temat zasługuje na osobną notkę.
Nie sposób też nie wspomnieć o bardzo słabym sezonie, którego skutkiem są niskie zarobki, a przynajmniej niższe od spodziewanych. Niestety, nie spełnię wielu marzeń w tym roku, choć było to w planie. Chciałam dobrze, chciał dobrze także mój szef, a wyszło - jak zwykle.
Jedno wiem na pewno - w celach zarobkowych moja noga w tej miejscowości więcej nie postanie. W celach turystyczno-wypoczynkowych jest to równie wątpliwe, chyba, że Chłapowo/Władysławowo miałoby stać się bazą wypadową, od czego wolałabym już wycieczkę objazdową np. na rowerze, wzdłuż Wybrzeża.
Myślami jestem już w Łodzi, w swoim łóżku, pod własnym prysznicem, gdzie nie muszę wchodzić w klapkach, wreszcie na rowerze, który czeka na mnie w domu.
Can't wait! One more week!
A narzekań ciąg dalszy, zapewne nastąpi.

czwartek, 5 maja 2011

"...ja po prostu jestem pierdolnięty, Chory Psychicznie"

W tytule cytat ze Zrób mi jakąś krzywdę Jakuba Żulczyka.

Dzisiejsze rozmowy egzystencjalne natchnęły mnie i pomyślałam sobie, że muszę wylać z siebie parę słów. Doszłam do wniosku, że nie umiem normalnie funkcjonować, jak człowiek, który wstaje rano, zakłada dresy, idzie do sklepu, kupuje bułki i serek, je to na śniadanie, zapija herbatą z cytryną, zakłada spodnie przygotowane wieczorem na krześle, całuje ukochaną na do widzenia i wychodzi do pracy piętnaście minut wcześniej, żeby zdążyć jeszcze wypić kawę. W pracy czasem się denerwuje, gdy ma słabszy dzień, a czasem jest dla wszystkich miły i uśmiechnięty jeśli akurat w nocy (bo przecież nie za dnia, kiedy sąsiedzi mogą zajrzeć przez okno) miał orgazm życia (nie myśli o tym, że nie dotyczyło to jego kobiety, przecież jest perfekcyjnym egoistą). I tak dalej... wiecie o co biega.
Może to głupie, ale fantastycznie pasuje tu stwierdzenie: "nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili". Może to brzmi gówniarsko, pewnie brzmi jak kolejny quasi-punkowy manifest "na nie", jakby to powiedział pewien M, "pewnie już nosisz koszulki z Che". Otóż nie. Po prostu budzi we mnie wielki sprzeciw obraz ułożonej i pokornej kobiety która nie potrzebuje imponować nikomu, poza własnym mężczyzną. Oglądam te kobiety w Trinny i Susannah ubierają Polskę i jest mi ich żal, kiedy mówią: "odkąd wyszłam za mąż, już o siebie nie dbam, bo przecież w domu nie muszę się podobać". Proszę mnie nie brać za feministkę, bo feministek, doprawdy, nie znoszę. I nie są to puste słowa, naczytałam się trochę Susan Sonntag i na widok jej nazwiska w prasie, przechodzą mnie dreszcze. Także pięknie dziękuję, nie skorzystam. Ale faktem jest, że wkurwiają mnie różne zjawiska. Nie mówię, że w ogóle i u innych. Ale w moim przypadku. Nie znoszę spokoju, uporządkowania, pewności, stałości, niezmienności... Dlatego tak męczy mnie pozostawanie w jednym miejscu i stagnacja, nuda mnie zabija. A z drugiej strony lubię mieć pewność, że coś, do czego dążę, jest choć trochę osiągalne. Ale i tak cały czas gonię gwiezdny pył, prawda? Więc czasami wolałabym pewnych rzeczy nie widzieć, nie rozumieć, nie zauważać. Być taka idiotką jaką czasem zgrywam, a Ty bierzesz to na poważnie. Hooray for the misleading appearances!

niedziela, 27 marca 2011

Rowerowy zawrót głowy

Postanowiłam odpicować swój jednoślad. Nie tylko dlatego, że wiosna, że czas na zmiany, bla bla bla. Nie będę udawać, kieruje mną zwykła próżność i chęć posiadania roweru, który będzie naprawdę MÓJ i w stu procentach taki, jaki sobie wymarzyłam.
Remont obecnego citybike'a zakłada odmalowanie ramy oraz błotników na kolor ruby red, oraz kilka naklejek (bądź jedną, dużą) które nie znajdują się nawet jeszcze w fazie projektu. Wzory mam mniej więcej w głowie. Do tego doszedłby pasujący kolorystycznie dzwonek (w tej chwili mam srebrny) i kto wie co jeszcze mi przyjdzie do głowy. W każdym razie - po takiej metamorfozie jaką sobie założyłam, na pewno będzie rzucał się w oczy, więc trzeba będzie też zainwestować w lepsze zabezpieczenia przed "lepkimi paluchami", których ofiarą padłam już dwukrotnie, nigdy z mojej winy, no ale jednak. Prawdopodobnie do wymiany kwalifikuje się też oświetlenie przednie, ponieważ nie satysfakcjonuje mnie to, czym dysponuję obecnie. W tej chwili rowerek prezentuje się następująco:


Mam nadzieję, że niebawem zmieni się w czerwony, mocno wybuchowy pojazd, który będzie postrachem pieszych na ścieżkach rowerowych w niedzielne popołudnia! ;)
Do zmiany skłoniła mnie akcja odpicuj swój rower na wiosnę, która trwa do czerwca. W konkursie wprawdzie udziału wziąć nie mogę, ponieważ nie jestem już uczennicą ( v.v ) ale pobudził on do kiełkowania (taka wiosenna metafora) ziarenko, które zasiali we mnie uczestnicy Łódzkiej Masy Krytycznej posiadający oryginalne rowery. I ja również zapragnęłam posiadać wyjątkową maszynkę. Docelowo marzy mi się odrestaurowanie jakiegoś starego roweru, ale to kwestia raczej mocno przyszłościowa, bo i koszta póki co są poza moim zasięgiem. Bo ze starymi rowerami już tak jest, że pochłaniają pieniądze jak gąbka. Ale mam nadzieję, że uda mi się dopiąć swego jeszcze w tym roku. Satysfakcja na pewno byłaby ogromna.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z ostatniej Masy Krytycznej, na której miałam przyjemność wieźć na moim Bezimiennym (póki co ;p) flagę ŁMK. Zieloną, więc wiosennie bardzo. Przyjemne było też to, że udało mi się wyciągnąć na imprezę oboje rodziców.


Przygotowania do wyjazdu z flagą, jak widać idą pełną parą ;p sprawdzałam ino czas, abyśmy się nie spóźnili na zbiórkę, wiadomo!



A tutaj już z flagą, ruszamy z Pasażu Schillera.

*dzyń dzyń*
;)

zdjęcia: Straż Miejska, Szymon Malański

czwartek, 17 marca 2011

Z zimowego snu się budzi...

O tak, ten blog zdecydowanie zapadł w sen zimowy już jakiś czas temu. Może dlatego, że autorka też potrzebowała zebrać myśli, które niebezpiecznie krążyły wokół jednego tematu i nie pozwalały pisać na żaden inny i o niczym innym myśleć? Aż dziw, że tak długo może człowieka trzymać, a przecież spotkało mnie tyle złego i tyle dobrego, które powinno mi raz na zawsze wybić z głowy tę bzdurę. Jak widać, są zjawiska silniejsze od świadomości.
Do tej pory sądziłam, że w moim życiu nie wydarzy się nic ciekawego, ale przygoda jest już bardzo niedaleko, a dzieje się tyle, że nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam taki natłok zajęć i myśli. A przy okazji przymus organizowania sobie jakoś życia tak, żeby nie zatracić się w chaosie i nadmiarze, cieszy mnie niezmiernie. Im więcej zajęć tym mniej czasu na myślenie o bzdurach. A za każdym razem kiedy patrzę w lustro, widzę efekty wszystkich zmartwień i łez, które wyrzeźbiły te zmarszczki. Wystarczyłoby się nie zastanawiać za wiele, a może jeszcze długo cieszyłabym się gładką cerą. Spróbuję kolejny raz. Jak dotąd nieźle wychodziło mi palenie mostów. Może nawet już się tego nie boję?

W każdym razie wkraczam w kolejną wiosnę z nową głową, nowymi pomysłami, czymś, co wreszcie działa i daje niesamowitą radość. Bo jestem komuś potrzebna, ktoś czeka na efekty mojej pracy. Brak dowartościowania, który dokuczał mi przez zimę, teraz trochę wychodzi na wierzch. Na szczęście mam broń, która zmiecie go z powierzchni ziemi - karnet na basen!
*plum* !

czwartek, 4 listopada 2010

Halloweenowe łowy łódzkie

Dzisiaj fotonotka.
Halloween/1 listopada/3 listopada

przygotowanie zombie outfitu:

zombie, efekt:

Piotrkowska, jedna z bram



handmade lampion posthalloweenowy.

środa, 6 października 2010

Bloggerski łańcuszek

Pozwoliłam sobie na taką pierdółkę, bo akurat jeszcze pora taka na uczelni, że robić za bardzo nie ma co, a na moim blogu nieco świeci pustkami ostatnimi czasy. Na szczęście z pomocą przyszedł kolega Tomasz i jego blog. ;] Zatem - 10 rzeczy, które lubię. Możecie ukraść także (jak i ja uczyniłam) i zamieścić swoje Top 10 u siebie (albo nie top, zależy ;>).

1. Muzyka - rzecz dosyć oczywista, ale nieco ogólne to sformułowanie. Właściwie w moim przypadku składa się co najmniej z kilku czynników: muzyka jako pasja słuchania cudzych wytworów, absolutnie bezkonkurencyjna forma spędzania każdej wolnej chwili - w tramwaju, autobusie, na uczelni, w domu, na koncercie... A co do tego ostatniego, to także ważny czynnik tej ogólnikowej "muzyki". Bo przecież występy moich ulubionych (i nie tylko) kapel na żywo, to ważna część mojego muzycznego życia. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez koncertów na żywo. To jest już chyba nałóg. Do ogólnej kategorii należy jeszcze dorzucić tzw. twórczość własną, która, lepsza czy gorsza, jednak od wielu lat funkcjonuje. Śpiew, w przeróżnych formach to cholernie ważny element mojej egzystencji. Śpiewam wszędzie gdzie się da, ile się da i co tylko daję radę i co lubię. O muzyce pisanie - od niedawna też ważne, aczkolwiek ze względu na mą niewielką wciąż wiedzę, szczególnie techniczną, efekty na razie są nieco marne. Ale trening czyni mistrza, podobnież.
Po ilości podpunktów wnioskuję, że postawienie muzyki na pierwszym miejscu nie było bezzasadne.

2. Film - no tak. Zanim rozpoczęłam studia, nie zajmował tak wysokiej pozycji. Dzisiaj wszystko, co wiąże się z filmem, przyciąga moją uwagę. Oczywiście nie bywam w kinie zbyt często - zwyczajnie mnie na to nie stać, ale nadrabiam w inny sposób. Wbrew temu, co pan profesor stwierdził na egzaminie, interesuję się filmem. ;]

3. Podróże - te bliższe częściej, te dalekie rzadko, natomiast tych wielkich... jeszcze nie odbyłam, ale są w planach. Uwielbiam podróżować, na różne sposoby. Uwielbiam zaglądać w miejsca niekoniecznie molestowane przez tłumy turystów, zajrzeć do każdej dziury i spróbować tego, co lokalne (np. piwo ;>). Większość moich wojaży owocuje nowymi i zazwyczaj trwałymi znajomościami, co chyba świadczy o tym, że nie jestem takim antysocjalem za jakiego wielu mnie uważa (i ja po trochu też).

4. Jazda na rowerze - najchętniej przemieszczałabym się w ten sposób wszędzie i o każdej porze, ale życie w wielkim mieście skutecznie utrudnia takie inicjatywy (brak stojaków, miejsc, gdzie można by bezpiecznie zostawić rower na kilka godzin). Taki substytut motoru. Poza tym niezwykle przyjemna, łatwa i zdrowa opcja spędzania czasu wolnego, czy alternatywa dla komunikacji miejskiej. Marzy mi się czerwono wymalowany custom o stylistyce dynamitowej. :)

5. Pociągi - ściśle powiązane w podpunktem o podróżach, ale zasługują na osobną wzmiankę. Najprzyjemniejsza z poznanych dotąd przeze mnie form podróżowania, zaraz po jeździe rowerem. Nie dość, że są przyjazne środowisku, to zaspokajają moją potrzebę ruchu wewnątrz pojazdu, czego nie mogę powiedzieć np. o samochodzie. Nienawidzę jazdy samochodem - mdli mnie, jest mi duszno, ciasno, nie mogę wyprostować nóg. Dla mnie katorga. Natomiast pociągami mogę jechać nawet kilkanaście godzin z przesiadkami. Nie muszę chyba dodawać, że jeden z moich ulubionych filmów, to "Pociągi pod specjalnym nadzorem"?

6. Tatuaże - wprawdzie jak dotąd dorobiłam się tylko jednego, ale już co najmniej dwa kolejne są w fazie projektowania (jeden z nich nawet już w fazie zbierania funduszy ;p). Na pewno uzależniające, bolesne, ale za to niesamowite... hobby? Osobiście wolę czarno-cieniowaną opcję, ale "na kimś" podobają mi się kolorowe tatuaże.

7. Fotografia - niesamowita zabawa, choć ostatnimi czasy kosztowna. Mowa oczywiście o fotografii tradycyjnej. Cyfrowa nie bawi już tak bardzo. Nie chodzi tu o elitarność, niedostępność pewną tradycyjnej fotografii, ale właśnie o jej niezwykły klimat, element niepewności, jak zdjęcia się udadzą (albo nie). Obecnie w fazie usilnych ćwiczeń i wielkiej fascynacji.

8. Internet - chyba mój jedyny nałóg, któremu poświęcam za dużo czasu.

9. Kuchnia - uwielbiam gotować, piec, lepić, smażyć nieco mniej, ale czasem...
Lubię eksperymentować, wypróbowywać przepisy, szczególnie te kompletnie od czapy, po których mój tata stwierdza jedynie "Hmm ciekawe" :D. Bawi mnie to, a jednocześnie jest dla mnie wyzwaniem. Kiedy wchodzę do kuchni, nikt ma mi nie przeszkadzać, a już w ogóle zabronione jest patrzenie mi na ręce. Won z kuchni. Delektuj się zapachem. :)

10. Piwo - okej, musiałam to tutaj umieścić. Obok wina, z którym jest na równi, mój ulubiony napój alkoholowy. ;) Niestety, dla tzw. "zdrowotności" mam bana na chlanie, w związku z czym bawię się w wyszukiwanie i delektowanie się nowymi smakami. Nowymi oczywiście dla mnie. Ostatnio prym wiodą: Kasztelan Niepasteryzowany, Specjal (czarny), Brackie. Jeśli zaś chodzi o wino - niestety, ale jaboli pić mi nie wolno. Sądzę jednak, że moja wątroba cieszy się z tej odmiany.

Tyle ode mnie. Rozpędziłam się i o mało dodałabym punkt 11, 12, 13... itd.. To wszystko oczywiście jest płynne, najczęściej jednak zmiany dotyczą tylko zajmowanych aktualnie pozycji. Przez chwilę mogłam poczuć się znowu tak, jak w podstawówce, gdzie każdy miał swój zeszyt, w którym wpisywaliśmy co lubimy, czego nie, albo "kogo i co zabralibyśmy na bezludną wyspę".

niedziela, 8 sierpnia 2010

Jak dawniej nie będzie

... bo nam żyć jest bez siebie lżej. Przepraszam, od rana mnie prześladuje czwarty krążek Kasi Kowalskiej. Dotąd mnie denerwowała Pełna obaw, a teraz tak idealnie pasuje, tak świetnie oddaje moje nastroje, świetnie wpisuje się w obecną sytuację. Echhh no właśnie jestem taka pełna obaw teraz.
Na Woodstocku rzecz jasna było świetnie, zero rozczarowań, dużo fajnych niespodzianek i przede wszystkim świetna pogoda i rewelacyjna załoga. Chyba mój najlepszy Woodstock pod względem atmosfery, ludzi, przeżyć muzycznych których nie planowałam (poryczałam się podczas gdy Możdżer grał w ASP Imagine zmiksowane z etiudą Chopina) i pod względem dobrego samopoczucia hmm psychicznego. Niestety fizycznie było gorzej, ale jakoś przeżyłam. Niedawno dowiedziałam się, że to mógł być jakiś wirus... cokolwiek. ;p
Teraz jednak wszystko zaczyna się komplikować i sympatyczne stosunki zaczynają przybierać niebezpieczny obrót co mnie martwi. Mam nadzieję że znowu czegoś nie spierdolę. Amen

wtorek, 27 lipca 2010

Woodstockowy dreszcz

Trochę mnie niepokoi moje tegoroczne podekscytowanie Woodstockiem, na który jadę w tym roku wybitnie nie dla muzyki. Obawiam się, że mój woodstockowy dreszczyk minie mi wraz z wejściem na pole woodstockowe gdzie będę gościć już po raz piąty. Boję się, że moje oczekiwania względem zajebistej imprezy są już teraz zbyt wygórowane, a w zetknięciu z rzeczywistością okażą się w ogóle jakimś wybujałym fantazmatem. Jedynym ratunkiem dla ewentualnej depresji woodstockowej może się okazać ŁódźStock bądź scena folkowa, która kusi wyjątkowo ciekawymi propozycjami. Na dodatek pogoda sprzyja rozmyślaniom na tematy mało przyjemne i rozpamiętywaniu oraz rozdrapywaniu ran. Ostatnio jestem w tym całkiem niezła.
Potrzebuję czegoś nowego, co popchnie mnie do przodu.

wtorek, 13 lipca 2010

Węgoszefo jo jo jo!


Wróciła!
Strzaskała się niemiłosiernie, w słońcu było chyba z 666 stopni! Pamiętajcie aby nie kłócić się z matką! Mr T wam każe! Poza tym należy z tej wyprawy wynieść naukę, że Rakieta trzepie podwójnie gdy pije się na raz Rakietę i wódkę z colą [sic!]. Dodatkową lekcję życia dały po raz kolejny kacowe poranki, które produkowały najwięcej zmarszczek na zjaranej węgorzewskim słońcem twarzy i bóle brzucha. Taki program przyrodniczy kiedy morświn wypływa sam z siebie, czytała Krystyna Czubówna. Średnia temperatura w namiocie: 40 stopni. Niemiecki cmentarz okazał się cmentarzem radzieckim z dziwnym pomnikiem.
Pizzeriowy czas oczekiwania - 40 minut. Czas oczekiwania na trzep od Rakiety - 30 minut. Co wybierasz? ;]
Paragon który przybrał postać pawulonu by w ostateczności stać się pawilonem. Odwieczne pytanie ludzkości: dlaczego nie wymyślili piwa czosnkowego? Uniwersalna prawda jest taka, że choćby piwo było z gówna i tak nic mu nie dorówna.
Niepotrzebne rozkminy powodują spadek humoru - nie robimy tego więcej. Bawimy się za to na 200% póki nie mamy pracy i dzieci. ;]
Pamiętajcie aby nie zgonować gdzie popadnie. Znajdziemy was i sfotografujemy w towarzystwie papugującej zawodowo laski węgorzewskiej numer jeden!
Finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej wygrał z wszelkimi koncertami. 90% publiczności festiwalu wybrała mecz. ;] A jakżeby inaczej, i nas w tych 90% nie zabrakło!